sobota, 12 czerwca 2010

Back to sleep.

Słyszę w głowie wojenne bębny nakazujące mi ruszyć do walki ze swoim największym wrogiem. Czy wiesz jakie to uczucie drogi czytelniku obserwować krew wytaczającą się z żył i zapach śmierci nad polem ostatecznej bitwy. Bo ja nie mam zielonego pojęcia. A muzyka inspiruje. Pociesza, ratuje, dobija, kaleczy. Czuję że to będzie mój najdłuższy tekst. Za oknem burza. Błyska i grzmi. Lubię to słyszeć i czuć. Wyobrażam sobie siebie jako Zeusa Gromowładnego który miota piorunami stworzonymi przez Hefajstosa, które nigdy nie trafiają do celu, rozbijając się o stoki gór. Że się wywyższam? Skądże. Bogowie to smutne istoty ograniczone przez swoja nieśmiertelność. Bo inaczej dlaczego chcieliby tak bardzo nas zniszczyć? A niszczą nas skutecznie. Innymi ludźmi. Żeby było boleśniej. Bębny dalej brzmią.

Zastanawiam się właściwie, dlaczego nie pije kawy? Jestem podatny na różne używki, a kawa jakoś nigdy na mnie nie oddziaływała w żaden konkretny sposób. Że dobrze smakuje? Guzik prawda. Że uspokaja? Mnie np. fusy wkurwiają nad wyraz dokładnie. Że picie kawy to fajny "rytuał"? Istnieją takie znacznie lepiej działające. Picie kawy kojarzy mi się z kilkoma sytuacjami. Np. bezsennymi nocami spędzonymi nad uczeniem się matmy w zamierzchłych czasach technikum (a niby to tylko 3 lata temu), Z próbą ożywienia organizmu po kilku ostro zakrapianych wódą imprezach, i z marnym automatem nescafe w mojej robocie. A bębny dalej brzmią.

Serio nie chciałbym żeby to wszystko wyglądało jak przemyślenia człowieka ogarniętego depresja, choć osobiście uważam że w XXI w. każdy ma "swoja mała depresję". Z naprawdę różnych powodów. Głównym jest nasz mózg. Niestety wyciąć się nie da. A może i da ale ciężko bez niego żyć. Chociaż... W dzisiejszych czasach globalnego ogłupiania ludzi, bierna postawa zombie jest nad wyraz kusząca. Muszę się napić. Finlandia żurawinowa, trochę się ostało po kiedyś tam. Z reguły w domu nie piję. W ogóle ostatnio mało kiedy piję. Picie wzmaga moją wyobraźnie odnoście własnego sensu życia, i usypia czujność. A licho nie śpi. Tylko Bóg śpi i nie daje znaku życia. Burza trwa dalej, ale bębny jakby przycichły.

Wiara. Wiesz w co wierzę? W siebie. I kilka innych osób. Bardzo mało ich jest. No i w pieniądze. Kurwa kończę, bo przez to bębnienie coś mi się popierdoli we łbie.

czwartek, 10 czerwca 2010

Troszeczkę marudzenia, albo nawet troche więcej.

Jestem romantykiem. Wiem że to co pisze na tym blogu może zupełnie negować te tezę, ale to jest mimo wszystko prawda. Uważam że związek pomiędzy kobietą i mężczyzną, powinien być opierany na równości, solidarności, szczerości etc. etc. Ale ja nie o tym. Moja romantyczność przejawia się dość nietypowo. Jako człowiek chełpiący się swoim tradycjonalistycznym i idealistycznym podejściem do życia, wierzę w miłość "od kołyski aż po grób", i w to że człowiek może zakochać się drugi raz (no ale ja też wierzę w to że księżyc jest zrobiony z sera, więc mogę być odrobinkę nieobiektywny), oraz wierze w to że romantyczna kolacja we dwoje przy świecach nie jest prawdziwą wykładnią romantyczności (serio!), ale że to więź ludzka określa miarę "bycia romantycznym człowiekiem". Z mojego skromnego aczkolwiek traumatycznego doświadczenia stwierdzam że:

- Kobiety NIGDY nie wiedzą czego chcą.
- NIGDY.
- Faceci zawszę są tą złą stroną medalu.
- NIGDY nie wiedzą.
- Jak już wiedzą czego chcą to znaczy że albo nie żyją, albo im wszczepiono penisa.
- Kapusta kiszona z czekoladą to obrzydliwa kompozycja.

Tak drogie panie. 90% zniszczonych związków to wasza sprawka. Trza było tak rozmyślać, rozdmuchiwać, i maglować biednego faceta (już słyszę te damskie glosy oburzenia)? Nie trzeba było. Ale co tam? To i tak zawsze wina faceta. Bo związek był nudny... Bo seks nieudany... Bo za biedno się żyje... Bo brak perspektyw na przyszłość... Drzazgę w oku bliźniego widzicie, a żelbetonowego pierdolnego filara wytarganego z Burdż Chalifa to już nie widzicie. Szkoda gadać normalnie. może skończę w tym miejscu.

Dla ścisłości - jeśli jednak gdzieś we wszechświecie istnieje jakaś dziewczyna którą ten post mógłby AUTENTYCZNIE obrazić to przepraszam z góry za wrzucanie wszystkich do jednego wora (Nie! Nie Ciebie!). Tekst i tak tyczy się głównie Osobniczek z mojego środowiska.

Kalendarium - 10 czerwca 1865 roku miała miejsce premiera opery "Tristan i Izolda" Richarda Wagnera (znowu Twoja wina Kobieto!).

wtorek, 16 lutego 2010

The rest is silence.

"Zwykły Facet" w ciemnym nieskazitelnie czystym i eleganckim garniturze podchodzi do fotela umiejscowionego w samym środku ciemnego pokoju, siada i zapala papierosa. Pierwszy wdech. Powoli wypuszcza powietrze w stronę samotnej żarówki zwisającej smętnie z sufitu, która migocze co jakiś czas, jakby była przerażona otulającym ją mrokiem i chciała się w końcu poddać jego objęciom. Zwykły Facet myśli. Jego głowa kiwa się majestatycznie, to w jedną, to w druga stronę. Powoli pali swojego papierosa w milczeniu wpatrując się na smętnie płynący w powietrze dym. W końcu mówi: "Wprowadź go...". Otwierają się drzwi. Postać w czarnej szacie i kapturze kata na głowie, wprowadza do pokoju Niezwykłego Faceta, o całkiem zwyczajnym ubiorze, możesz to być Ty lub ja. Ten człowiek ma czarny worek na głowie, i nerwowo się szarpie. Kat przytrzymuje go, krępując ręce i staje przed fotelem. "Czy wiesz dlaczego tu jesteś?" - pyta Zwykły Facet nieznacznie zmieniając pozycję na fotelu. "N-niee..." - odpowiada przyduszonym głosem Niezwykły Facet. "Usiądź." - Odpowiada tamten. Na ten znak kat przytrzymując jedną ręką ofiarę, wyciąga zza pleców pałkę i uderza Niezwykłego Faceta w boczną część lewego kolana. Rozlega się rozpaczliwy krzyk i głuche stukot ciała o podłogę. "Wy ludzie jesteście tacy krusi. Wystarczy jedno uderzenie, jeden ruch ręki losu, aby sprowadzić was do należytej wam pozycji" - mówi Zwykły Człowiek. "C-czego ode mnie chcesz...?" - pyta Niezwykły Człowiek, kuląc się na ziemi, i kurczowo łapiąc oddech po otrzymanym ciosie. "Po pierwsze mów mi Karma. Do drugie to ja będę zadawać Ci pytania a jeśli otrzymam satysfakcjonujące odpowiedzi, pozwolę zadać Ci kilka Twoich. Być może pozwolę Ci nawet zdjąć ten śmieszny worek z głowy, lecz na razie muszę nacieszyć się Twoim upadkiem. Jeśli okażesz słabość, mój sługa, przypomni Ci czym jest cierpienie. A trochę już go w życiu zaznałeś czyż nie?" - przemówił Zwykły Człowiek po czym nachylił się w stronę okaleczonego Niezwykłego Faceta. "To było pytanie." - dodał. "Tak... Karmo" - odpowiedział mu tamten. "To co jest najbardziej bolącą rzeczą w Twojej rzeczywistości?" - kontynuował Karma. "Nie wiem... chyba to że w ogóle istnieję. To zawsze mnie spotykają najgorsze rzeczy, to zawsze ja muszę być ofiarą.... tak jak teraz! Dlaczego mi to robicie?!" - wybuchnął Niezwykły Człowiek. Karma, wyprostował się w fotelu, poprawił garnitur i odpalając kolejnego papierosa uśmiechnął się zjadliwie. "Dlatego że tak dobrze to przetrzymujesz. Niejeden człowiek złamałby się od razu i palnąłby sobie w łeb, ale ty... Musimy Cię jeszcze trochę przetestować." - po czym skinął Katowi aby ten uczynił swoją powinność. W pokoju po raz kolejny rozległ się paskudny krzyk, a niczym nie wzruszony Karma przyglądał się bólowi Niezwykłego Człowieka, paląc przy tym spokojnie.

niedziela, 7 lutego 2010

Czujesz? Gratulacje. Jesteś wyjątkowy.

Dzisiejsi ludzie to totalna płycizna intelektualna. Wręcz tragiczny błąd systemu plików wszechświata. Kiedyś ludzie czuli, dzisiaj ludzie "myślą". Akurat. Miłość została zdegradowana do poziomu tandetnych serduszek (Kurwa! Serce przecież nie ma takiego kształtu jak nam media wciskają!), z przyjaźni zostało już tylko wspólne picie, a o najmniejszej komórce społeczeństwa, czyli rodzinie już nie wspomnę. Żenuła.
Ludzie nawet już mają w nosie dane komuś słowo, a wymagają wszelkiej uwagi dla siebie. Po dzisiejszej dość ciekawej czatowej konwersacji stwierdzam ważną rzecz:

JESTEM WYJĄTKOWY!


Odczuwasz wiele emocji, przejmujesz się i Ci zależy? Gratulacje! Wykorzystaj swoją wyjątkowość, zamiast postępować wg. durnych schematów dzisiejszych czasów. I skończmy tę pierdolona erę EMoshitów.

7 Lutego 1989r. - rozpoczęły się obrady Okrągłego Stołu, które trwały do 5 kwietnia tegoż roku.
Wielkie wydarzenie polityczne naszego kraju. Nawet nie powiem jakie skutki przyniosły te obrady bo aż wstyd tego nie wiedzieć.

piątek, 5 lutego 2010

No to sesja.

Projekt sesja czas rozpocząć. Temat główny: Udowodnić całemu światu że da się zdać sesję bez jakiegokolwiek przygotowania, i trzęsienia portkami. Życzcie mi powodzenia. Albo nie. Mam to gdzieś.

5 lutego 1988 miała miejsce premiera filmu "Nieznośna Lekkość Bytu". Zobaczcie to sobie. :D

czwartek, 4 lutego 2010

Fajnie to tak?

Minęło kilka miesięcy od ostatniej notki, i w zasadzie jedyne co się zmieniło (a raczej co się nie zmieniło) to to, że palę dalej. I bardzo dobrze mi z tym. Że wydaję dużo kasy? Stać mnie. I tak nie mam wygórowanych potrzeb życiowych, a na wszystko na co chcę - to mam. O!

Jako że ostatnimi czasy rzadko tu zaglądałem to i nie zdążyłem tak jak większość ludzi opisać swoich noworocznych postanowień. Ależ mi smutno z tego powodu niezmiernie po prostu... Ale poważnie. Muszę nietypowo dla mnie dość optymistycznie powiedzieć że ten nowy rok rozpoczął się dość udanie. Robota jest, studia - jakie są, takie są, ale są. Samochodzik wreszcie (cholera!) jest, i oby tak dalej (Pewnie w tym momencie wszystko spierdoliłem i teraz wszystko zacznie się sypać. Norma.), ale miejmy nadzieję że ten rok przeminie bez przykrych niespodzianek, a potem następny... I następny... I tak do usranej śmierci. No to tyle jeśli chodzi o formalności.

Cztery zdania do przemyśleń skierowane ostatnio bezpośrednio do mojej osoby przez pewną osobę której głupota mogłaby oświetlić cały tunel w Kanale La Manche, a i jeszcze zostałoby na cały Hyde Park (Tak. Jadę do Londynu w kwietniu, stąd te skojarzenia)
Chcę je tu przytoczyć aby z pełną premedytacją napiętnować, wyszydzić i wyśmiać, pewne specyficzne sposoby myślenia na życie, narzucane wszystkim od momentu urodzenia aż do śmierci, choćby nie wiadomo jak głupiej i bezsensownej. Zawsze te same.

Numero Uno:
"Znajdź w sobie w końcu Boga!"
No nie wiem... Jakoś nigdy nie uważałem się za istotę boską (No chyba że chodzi o moja nieskazitelna aparycję. Tiaaa...). No chyba że źle zrozumiałem to zdanie?! Taaaak?! Nieee... Wcale się nie czepiam...

Numero Dos:
"Świat jest jak pustka wypełniona czymś"
Majstersztyk kurwa. Nawet nie wiem z której strony to ugryźć, albo złapać. Może powiem po prostu - "Nigdy nie sikaj pod wiatr bryzy północno-skandynawskiej podczas przesilenia letniego". Jak ma być bezsensownie to ja lubię tak konkretnie - od początku do końca.



Numero Tres (na 100% tego się tak nie pisze):
"Nie rozumiem jak można nie chcieć być uczniem Chrystusa."
Proste! Wolna Wola zioom!! Skoro dał nam ja Bóg, to chyba możemy z niej korzystać, czyż nie?

Numero Quatro (tu już jest szansa że to się tak pisze):
"Twoje niepowodzenia w życiu (O żadnych nie wspominałem tej osobie) spowodowane są brakiem składnika życia (anyż, cynamon, pieprz, czy kocimiętka?).
Buhahaha. Tylko że to takie powiedziane z ironią Buhahaha. Nic w tym śmiesznego. To jest tragiczne.

Podsumowując: Tak właśnie wyglądała moja rozmowa z księdzem katolickim, kilka dni temu, przez narzędzie mordu zwane czaterią. Używam tego od czasu do czasu, po to aby mieć o czym pisać tutaj. i jak widać - działa!.

No i jak zwykle coś z przeszłości:
4 lutego 1913r. w Paryżu uruchomiono pierwsze budki telefoniczne z ogólnie dostępnymi aparatami. Ważne wydarzenie, bo można stwierdzić że była to pierwsza ogólnodostępna sieć komunikacyjna na świecie - "Praojciec Internetu".

Pisał wasz zawsze nagi mentalnie:

POLITICAL_VORM

poniedziałek, 30 listopada 2009

Ogólne rozważanko.

Zacząłem rzucać palenie. Prawdopodobnie nie pierwszy i nie ostatni raz w życiu, jednakże mam irytująco wielka nadzieję że tym razem się uda i nie będę musiał codzienne rano budzić się z kapciowatym posmakiem kacopodobnym, tak jakbym od co najmniej roku nie mył zębów. Poza tym strasznie irytują mnie te rozkoszne ataki malutkiego kaszelku i niewydolność płuc podczas co porannego biegu do autobusu o 5:30 rano. Zapytacie: "Dlaczego w ogóle zaczynałeś palić?". Ano zacząłem bo tak wyszło, ale muszę przyznać że mimo względów zdrowotnych ja uwielbiam palić. Tylko nienawidzę tego co jest przed i po wypaleniu szluga, a jako człowiek niezależny, nie mógłbym przecież pozwolić na jakieś niekontrolowane uzależnienia, bądź rozdrażnienia spowodowane brakiem papierosa. Dlatego pierdolę - i rzucam.

Palenie do kawy rządzi. Palenie do piwa jeszcze bardziej. Tylko że palenie z nałogu już ssie. Nie wspomnę już o nakładach finansowych potrzebnych do szybkiego transportu ponad 2000 szkodliwych substancji do organizmu (nie oszukujcie się że tak nie jest), ani o permanentnie przypalonych końcówkach nerwowych w mózgu który dzięki temu ogłupiony krzyczy "PALIĆ!", żeby po wypaleniu udać rozluźnienie całego organizmu (Dosłownie! Jest stwierdzone przez specjalistów że po paleniu bardziej chce się kupę! AMAZING!), ani o tym że palacze umierają młodziej dusząc się przez raka płuc, bądź jakąś inna milusi rozedmę płuc. Jak umiecie palić okazyjnie to tego się trzymajcie, albo lepiej przestańcie w ogóle. Po licznych przykładach z mojego otoczenia stwierdzam ze w końcu i tak każdy się wciąga. A miało być tak pięknie prawda "Co-po-nie-którzy?".

Dzisiejszy dzień mojego niepalenia minął całkiem spoko, choć już zaczynają mnie boleć płuca i czuję coraz większe rozdrażnienie. Dlatego czas powoli kończyć i oderwać się od myśli o dymie, ogniu, tytoniu itd. itp.



Notka pamięci: 30 Października 1942 roku władze III Rzeszy Niemieckiej nakazały w ramach "Aktion T4" głodzenie pacjentów szpitali psychiatrycznych, w której wg. szacunków straciło zycie ok. 70 tysięcy chorych w myśl zasady:

"Vernichtung von lebensunwertem Leben" – "likwidacja życia niewartego życia"

Pamiętajcie o takich wydarzeniach, aby ludzkość nigdy więcej nie zrobiła niczego podobnego. A niekoniecznie o tym że w 1994 Tupac Shakur został pięciokrotnie postrzelony i obrabowany - jak już ktoś dzisiaj zdążył mnie poinformować (i zirytować przy okazji).

Wasz na zawsze nie jedyny:
POLITICAL_VORM